Rozdział 1
On
"Co świat ma z dwojga ludzi,
którzy nie widzą świata?"
~ Wisława Szymborska
Budzę się, wstaję, myję się, jem śniadanie, jadę do szkoły, słucham niezbyt interesujących wykładów mówionych przez nauczycieli na lekcjach, siedzę samotnie w stołówce, wracam na lekcje, przyjeżdżam do domu, odrabiam zadanie domowe, kąpie się, kładę się do łóżka, zasypiam. Tak wyglądają wszystkie moje dni, odkąd zacząłem chodzić do liceum. Ta rutyna zaczęła mnie już nudzić. Tylko czasami kłócę się z rodzicami o to, że oni chcą, żebym znalazł sobie przyjaciół, ale mi jest samemu dobrze. Po co mam z kimś rozmawiać, jeśli nie mamy wspólnych tematów? Po co z kimś wychodzić, jeśli w ogóle się nie rozumiemy? Dlatego nie mam przyjaciół. Jestem samotnikiem i nie jestem jak typowy młody człowiek w moim wieku. Inni chodzą na imprezy, a ja sobie szydełkuję. Wiem, wiem, wiem. Zajęcie jak dla starej baby, ale ja jestem spokojnym człowiekiem (nie, że nie lubię, jak się czasem coś dzieje i dostaję zastrzyku adrenaliny), a to zajęcie mnie wycisza i wyluzowuje. Nie robię koronek na sprzedaż (chociaż może powinienem zacząć), tylko na przykład komuś na urodziny lub na zamówienie znajomej, znajomego, ale robię to bezinteresownie. Nigdy nie chcę zapłaty. Materiały kupuję w pobliskiej pasmanterii za kieszonkowe, które dostaję od rodziców lub za pieniądze, które otrzymuję na urodziny lub jakieś święta.
Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, który nie jest zbyt duży. Stoi tu jedna szafa na ubrania, biurko i łóżko. Okno znajduje się naprzeciwko mojego łóżka, więc często w nocy, gdy nie potrafię zasnąć, oglądam gwiazdy.
- Ej Maciek! Daj pięć dych. - Moja siostra Agata wpada do pokoju, otwierając drzwi z impetem.
Agata jest bardzo drobną osóbką. Jest taka malutka w stosunku do mnie. Mógłbym napluć jej na głowę. Ma długie, blond włosy i niebiesko-szare oczy. Jej karnacja jest bardzo jasna. Ma proporcjonalną budowę ciała.
Założyła dzisiaj różową bluzkę z krótkim rękawem i dekoltem (wydaje mi się, że trochę za dużym) i czarną, obcisłą spódniczkę sięgającą jej do połowy uda. Włosy zostawiła rozpuszczone i zrobiła na nich lekkie fale. Nie ma zbyt ostrego makijażu.
- A na co? – pytam.
- No idę z koleżankami i kolegami na imprezę do centrum. I wiesz, on tam będzie. Proszę. - Robi minę kota ze „Shreck’a”.
Agata ma szesnaście lat i aktualnie jest totalnie zauroczona pewnym chłopakiem. Chce mu się przypodobać, co moim zdanie jest w ogóle niepotrzebne, bo robi teraz takie rzeczy, których kiedyś nie robiła. Ten chłopak powinien lubić ją za to, jaka jest.
- No dobra. Ale w zamian nie wrócisz zbyt późno do domu. Jasne? Powiem rodzicom, żeby ustalili ci godzinę powrotu, a jak się spóźnisz to ci następnym razem ani nigdy już nie pożyczę - grożę jej.
- Jasne jak słońce panie generale! – Salutuje, podbiega do mnie i całuje w policzek.
- Wiesz, że tylko się o ciebie martwię. Jesteś moim małym kotkiem na wycieraczce - mówię, wstaję z łóżka, wyciągam portfel ze spodni wiszących na krześle, a z niego banknot i podaję jej.
Jak moja siostra była młodsza to jak o coś prosiła lub coś przeskrobała, to mówiła, że jest małym kotkiem na wycieraczce, a dla mnie to było takie słodkie, że zacząłem tak na nią mówić.
- Tak wiem, wiem. Też cię kocham braciszku. Dzięki. - Wybiega za drzwi w podskokach.
Wychodzę z pokoju i staję na początku schodów z jasnego drewna. Mój pokój jest na pierwszym piętrze, czyli na samej górze. Schodzę na dół i idę do pokoju gościnnego.
Jest on duży. Stoją w nim dwa stoły: jeden wielki, drugi mniejszy. Jest tu telewizor, trzy szafy i komoda pod zawieszonym na ścianie lustrem. Znajduje się tu także piękne, stare pianino z ciemnego drewna. Ściany są bladożółte, a podłoga wyłożona ciemnobrązowymi płytkami. Brązowa kanapa i tego samego koloru fotele stoją naprzeciwko telewizora znajdującego się na ścianie.
Rodzice siedzą na kanapie i oglądają jakiś historyczny program.
- Mamo, tato, Aga wychodzi na imprezę. Czy moglibyście ustalić jej jakąś sensowną godzinę powrotu, bo przyszła do mnie po pieniądze i postawiłem jej warunek, żeby wróciła o ustalonej porze? - pytam.
- I tak byśmy jej wyznaczyli, ale teraz są przynajmniej większe szanse, że się zastosuje - zaśmiał się tata.
- Okay. To ja wracam do siebie - informuję rodziców.
Reszta dnia minęła mi na odrabianiu zadań domowych i przygotowywaniu się na następny nudny dzień szkoły.
***
Gdy otwieram oczy słońce wlewa się jaskrawymi promieniami przez okno do pokoju tak, że muszę odruchowo przymrużyć oczy. Odwracam głowę i spoglądam na budzik stojący na stoliku nocnym obok mojego łóżka. O nie! Siódma trzydzieści pięć. Spóźnię się. Szybko zrzucam z siebie kołdrę, wyciągam z szafy ubrania na chybił trafił i biegnę do łazienki. Ubieram się. Okazało się, że wziąłem do ubrania czarne spodnie i bladoniebieski T-shirt. Biorę plecak z książkami i kluczyki do mojego zdezelowanego malucha, który pamięta stare, dobre czasy PRL-u. Schodzę na dół i pędzę do kuchni, gdzie krząta się moja mama.
- Hej, synuś. Co zjesz na śniadanie? – pyta.
- Zapakuj mi tylko jakąś kanapkę do szkoły, bo zaspałem i nie mam czasu teraz jeść – informuję ją.
- No dobrze, ale zrobię ci więcej niż jedną. Okay?
- No dobra – odpowiadam zrezygnowanym tonem.
Kiedy już dostaję jedzenie zapakowane w papier śniadaniowy i włożone do woreczka, dziękuję mamie, całuję ją w policzek i wychodzę na zewnątrz.
Jest wczesna wiosna. Wieje lekki, chłodny wiatr, więc dobrze, że pomyślałem o tym, żeby wziąć kurtkę. Wychodzę na skąpany w porannych promieniach słońca podjazd. Jest wyłożony szarymi, wielkimi płytami. Przechodzę do samochodu, a później obracam się w stronę domu. Jest niewielki, pomalowany na jasnożółty. Jego spadzisty dach ma bordowy kolor. Dwa niewielkie okna na przedniej ścianie budynku są od wewnątrz zasłonięte firankami. Za domem znajduje się dość duży ogródek, w którym aktualnie zielenią się krzaczki truskawek, malin i agrestu. Po prawej stronie podjazdu rozciąga się łąka, na której kwitną teraz przebiśniegi i pierwiosnki, a po lewej są domki naszych sąsiadów.
Wsiadam do samochodu, który jest zdumiewająco sprawny jak na swój wiek i wyjeżdżam z podjazdu na podziurawioną, asfaltową drogę. Po piętnastu minutach jestem już na szkolnym parkingu. Wypadam z auta i pędzę do budynku, a później do mojej szafki. Rozszalałymi z pośpiechu rękami wyszukuję klucz w bocznej kieszeni torby i przekręcam go w zamku. Nie mam czasu na przebieranie butów, więc ściągam tylko kurtkę, wieszam na wieszaku i gwałtownie zamykam szafkę. Rzucam się biegiem w stronę klasy, w której mam pierwszą lekcję. Gdy tak przemierzam szkolne korytarze, rozbrzmiewa dzwonek. Po niecałej minucie zatrzymuję się przed drzwiami sali i powoli pociągam klamkę w dół.
- Goodmorning. Sorry, I’m late – przepraszam panią Parker.
- Never mind. – Ułaskawia mnie nauczycielka.
Pani Parker pochodzi z Wielkiej Brytanii, ale gdy miała dwadzieścia kilka lat poznała Polaka, wyszła za niego, przeprowadziła się do Polski i wylądowała w liceum jako nauczycielka języka angielskiego. Bardzo dobrze opanowała nasz język. Czasami mnie to nawet zadziwia. Oczywiście został jej brytyjski akcent. Zostawiła sobie swoje panieńskie nazwisko. To jej mąż zmienił swoje. Podejrzewam, że chciał się jakoś wyróżniać.
Podchodzę do swojej ławki umieszczonej w trzecim rzędzie. Są to dwa stoły przylegające do siebie krótszym bokiem, dlatego są tu cztery miejsca. Tylko dwa są zajęte. Na krześle od strony przejścia siedzi mój kolega Dawid. Ja siedzę obok niego. Gdy zajmuję miejsce, mój sąsiad pochyla się w moją stronę z drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
- Tak zabalowałeś w nocy, że nie umiałeś dzisiaj wstać? – Kpi sobie ze mnie. Wie, że jestem raczej szarą myszką i nie chodzę na dyskoteki ani tym podobne, chyba że on mnie gdzieś zaciągnie, ale i tak wtedy stoję w kącie i podpieram ścianę.
Dawid i ja jesteśmy zupełnymi przeciwieństwami. On jest brunetem o śniadej cerze, zaś ja mam jasną karnację, blond włosy i niebiesko-szare oczy. Mój kolega ma bujną, kręconą czuprynę, a moje włosy są ścięte dość krótko. Także różnica pomiędzy naszymi charakterami jest jakby zestawienie ognia z wodą. On jest osobą bardzo towarzyską i rozrywkową, zaś ja… nie warto mówić. Chociaż nie jesteśmy przyjaciółmi, to i tak się dziwię, że Dawid mnie nie ignoruje.
- Ha. Ha. Ha. No oczywiście – odgryzam się. – Jak ci minęły ferie?
Jest pierwszy dzień po feriach zimowych, więc także początek nowego semestru nauki.
- Aaa… jak zwykle. Impreza za imprezą. Ale za to poznałem super laskę, wiesz? Tak się na mnie napaliła, że się nie mogła ode mnie odkleić przez cały wieczór.
- Kochana młodzieży! – Krzyczy pani Parker. Wszyscy momentalnie odwracamy głowy w jej stronę. Gdy spoglądam na nauczycielkę, widzę obok jej biurka nową twarz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz