Rozdział 2
Ona
"Ważne są tylko te dni, których
jeszcze nie znamy,
Ważnych jest kilka tych chwil, tych, na
które czekamy."
~ Marek Grechuta
O Boże! Nie wytrzymam. Wszyscy się
na mnie gapią. Stoję na środku, przy biurku nauczycielki. Za mną są dwie wielkie
tablice. Przede mną w ławkach siedzi jakieś dwadzieścia osób. Ja sama przeciw
dwudziestce. Co ja tutaj robię? Po co tutaj przyszłam? Ach... No tak. Dziadek
mi kazał. Chciałabym się rozpłynąć albo zamienić w pył i pofrunąć z wiatrem.
Jest tu taki hałas, że trudno usłyszeć własne myśli.
- Ależ moi mili - mówi nauczycielka
z dziwnym akcentem. Nie pamiętam, jak
się nazywa. Gdy już klasa cichnie, pani mówi:
- To jest wasza nowa koleżanka. Ma
na imię Agnieszka.
Po co ona to robi? Dlaczego nie mogę
po prostu usiąść i zająć się nauką?
- Wiem, że jest środek roku, więc
mam nadzieję, że jej pomożecie i nie będę się musiała martwić o jeszcze jedną
osobę - kontynuuje nauczycielka. - No dobrze. Więc… - Rozgląda się po klasie. -
Panie Cichocki! Czy Agnieszka może usiąść obok ciebie?
- Oczywiście, pani Parker - mówi to
chłopak w trzeciej ławce. Jest ciemnym blondynem. Oczy ma niebieskie, troszkę
wpadające w szarość. Są przyciągające jak magnes. Są piękne. Chciałabym w nie patrzeć przez
cały czas. Czemu ja tak stoję i się na niego gapię z rozdziawioną buzią?
- Czy odpowiada ci tamto miejsce,
kochanie? - w głosie pani Parker jest chyba aż zbyt dużo słodyczy. Mówi do mnie
jak do małego, przestraszonego kotka, który się gdzieś zgubił.
- Yyy… Tak. Jasne - dukam.
Ruszam w stronę pięknej twarzy.
Czemu widzę tylko jego, a nic dookoła nie ma? Stawiam małe, niepewne kroczki.
Jakimś cudem udaje mi się dotrzeć do ławki w jednym kawałku.
- Cześć. Mam na imię Maciek - odzywa
się pan Cichocki.
Na jego twarzy widnieje nieśmiały
uśmiech.
- Hej. Ty już wiesz, jak mam na
imię.
Rozpakowuję się, a potem robię
wszystko, byleby nie patrzeć mu w oczy.
- Jak ci się podoba w naszej szkole?
- Pyta mnie Maciek.
- Jeszcze nie zdążyłam się rozejrzeć
- odpowiadam.
Książki i piórnik już leżą na
stole. Kręcę się na krześle. Chciałabym, żeby lekcja się już zaczęła. Pani Parker Sprawdza obecność. Pewnie będę na końcu listy uczniów.
- Jeśli chcesz, to mogę cię
oprowadzić. Pokażę ci, gdzie jest biblioteka i tak dalej - proponuje Maciek.
- Yyy… - Hmm… W sumie czemu nie?
Przecież mnie nie ubędzie. Nie? - Dobrze. Dzięki.
Uśmiecham się do niego najbardziej
przyjacielskim uśmiechem, na jaki mnie stać.
W tym momencie nauczycielka zaczyna
lekcję.
* * *
- No to idziemy?
Stoję na korytarzu. Jest długa
przerwa. Maciek pogania mnie, żebym
poszła za nim.
Raz kozie śmierć.
- Dobra. To gdzie najpierw?
Chłopak zastanawia się przez chwilę.
Przesuwa palcem po podbródku.
- Może najpierw bardziej formalne
miejsca: sekretariat i pokój nauczycielski.
Prowadzi mnie korytarzami. Stajemy
przy drewnianych drzwiach pomalowanych jasnozieloną farbą. To jest sekretariat.
Okazuje się, że pokój obok z drzwiami pomalowanymi na kolor, który kiedyś był
biały, ale już nie jest, to pokój nauczycielski.
- Wszystkie sale chyba znajdziesz,
bo na każdej jest numer. To teraz świetlica, sklepik i biblioteka. Świetlica
mieści się na parterze. Chyba urządzając ten pokój, trochę przesadzili z kolorami.
Jest tu, że tak powiem, pstrokato.
- Można dostać oczopląsu - mówię,
gdy stajemy w progu.
- Tak wiem. To pomieszczenie
projektował pewnie jakiś cholerny optymista
- śmieje się Maciek.
- Mało powiedziane - teraz już oboje
się śmiejemy.
Sklepik jest od razu na lewo od
świetlicy. Tyle niezdrowego jedzenia to ja jeszcze nie widziałam. Pewnie
sprzedawczyni chce, żebyśmy w przyszłości mieli za dużo cholesterolu.
Biblioteka znajduje się na pierwszym
piętrze. Gdy weszłam, w nozdrza uderzył mnie zapach pleśni. Pomieszczenie
spowija półmrok. Jest dużo mniejsza niż zwykła biblioteka. Znajduje się tutaj
tylko kilka regałów. Szczerze? Stwierdzam, że to pomieszczenie wygląda bardziej
jak składzik. W dwóch kątach o ścianę opierają się: mop i miotła. Na półkach
wylegują się szmatki i środki do czyszczenia.
- Nie ma tu ciekawych książek -
stwierdza Maciek. - Ale niektóre są przydatne. Są lektury. A jak ktoś cię
wkurzy, a ty masz akurat pod ręką jakieś opasłe tomisko, to może się dla niego
niezbyt dobrze skończyć.
Pomieszczenie ma błękitne ściany. Po
prawej stronie od wejścia widzę drzwi pomalowane na ten sam kolor co ściany.
- Co tam jest? - pytam wskazując
ręką na drzwi po prawej stronie.
- Jest tam pomieszczenie z
komputerami. Są tylko dwa - odpowiada mi natychmiast.
Wychodzimy z biblioteki i zaczynamy
podążać wzdłuż korytarza.
- Mogę o coś zapytać? - chce
wiedzieć Maciek.
Kiwam lekko głową.
- Dlaczego jesteś taka zamknięta?
Prawie nic nie mówisz. Nie próbujesz się z nikim zaprzyjaźnić. Jesteś troszkę
jak mysz pod miotłą.
- Ludzie zazwyczaj nie są do mnie
przyjaźnie nastawieni. Po prostu mnie nie lubią. Uważają mnie za dziwoląga.
Dlaczego ja mu to mówię? Przecież
znam go dopiero od kilku godzin. Chyba jest coś ze mną nie tak.
- Coś ci powiem - rzuca chłopak. -
Nie liczy się, jaka byłaś kiedyś ani co wcześnie ludzie o tobie myśleli.
Ważniejsza jest przyszłość.
Kładzie mi rękę na ramieniu. Pewnie
chce mnie pocieszyć. Nie potrzebuję litości nieznajomego. Nie chcę tego.
Zrzucam z siebie jego rękę.
- Zawsze taka byłam i dobrze mi z
tym - warczę.
Przyspieszam kroku. Chcę się znaleźć jak najdalej od pięknookiego. Skręcam za róg i chowam się w damskiej toalecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz