środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 2

Rozdział 2
Ona

"Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy,
Ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy."
~ Marek Grechuta

            O Boże! Nie wytrzymam. Wszyscy się na mnie gapią. Stoję na środku, przy biurku nauczycielki. Za mną są dwie wielkie tablice. Przede mną w ławkach siedzi jakieś dwadzieścia osób. Ja sama przeciw dwudziestce. Co ja tutaj robię? Po co tutaj przyszłam? Ach... No tak. Dziadek mi kazał. Chciałabym się rozpłynąć albo zamienić w pył i pofrunąć z wiatrem. Jest tu taki hałas, że trudno usłyszeć własne myśli.
            - Ależ moi mili - mówi nauczycielka z dziwnym akcentem. Nie pamiętam,  jak się nazywa. Gdy już klasa cichnie, pani mówi:
            - To jest wasza nowa koleżanka. Ma na imię Agnieszka.
            Po co ona to robi? Dlaczego nie mogę po prostu usiąść i zająć się nauką?
            - Wiem, że jest środek roku, więc mam nadzieję, że jej pomożecie i nie będę się musiała martwić o jeszcze jedną osobę - kontynuuje nauczycielka. - No dobrze. Więc… - Rozgląda się po klasie. - Panie Cichocki! Czy Agnieszka może usiąść obok ciebie?
            - Oczywiście, pani Parker - mówi to chłopak w trzeciej ławce. Jest ciemnym blondynem. Oczy ma niebieskie, troszkę wpadające w szarość. Są przyciągające jak magnes.  Są piękne. Chciałabym w nie patrzeć przez cały czas. Czemu ja tak stoję i się na niego gapię z rozdziawioną buzią?
            - Czy odpowiada ci tamto miejsce, kochanie? - w głosie pani Parker jest chyba aż zbyt dużo słodyczy. Mówi do mnie jak do małego, przestraszonego kotka, który się gdzieś zgubił.
            - Yyy… Tak. Jasne - dukam.
            Ruszam w stronę pięknej twarzy. Czemu widzę tylko jego, a nic dookoła nie ma? Stawiam małe, niepewne kroczki. Jakimś cudem udaje mi się dotrzeć do ławki w jednym kawałku.
            - Cześć. Mam na imię Maciek - odzywa się pan Cichocki.
            Na jego twarzy widnieje nieśmiały uśmiech.
            - Hej. Ty już wiesz, jak mam na imię.
            Rozpakowuję się, a potem robię wszystko, byleby nie patrzeć mu w oczy.
            - Jak ci się podoba w naszej szkole? - Pyta mnie Maciek.
            - Jeszcze nie zdążyłam się rozejrzeć - odpowiadam.
            Książki i piórnik już leżą na stole.  Kręcę się na krześle.  Chciałabym, żeby lekcja się już zaczęła.  Pani Parker Sprawdza obecność.  Pewnie będę na końcu listy uczniów.
            - Jeśli chcesz, to mogę cię oprowadzić. Pokażę ci, gdzie jest biblioteka i tak dalej - proponuje Maciek.
            - Yyy… - Hmm… W sumie czemu nie? Przecież mnie nie ubędzie. Nie? - Dobrze. Dzięki.
            Uśmiecham się do niego najbardziej przyjacielskim uśmiechem, na jaki mnie stać.
            W tym momencie nauczycielka zaczyna lekcję.

* * *

            - No to idziemy?
            Stoję na korytarzu. Jest długa przerwa.  Maciek pogania mnie, żebym poszła za nim.
            Raz kozie śmierć.
            - Dobra. To gdzie najpierw?
            Chłopak zastanawia się przez chwilę. Przesuwa palcem po podbródku.
            - Może najpierw bardziej formalne miejsca: sekretariat i pokój nauczycielski.
            Prowadzi mnie korytarzami. Stajemy przy drewnianych drzwiach pomalowanych jasnozieloną farbą. To jest sekretariat. Okazuje się, że pokój obok z drzwiami pomalowanymi na kolor, który kiedyś był biały, ale już nie jest, to pokój nauczycielski.
            - Wszystkie sale chyba znajdziesz, bo na każdej jest numer. To teraz świetlica, sklepik i biblioteka. Świetlica mieści się na parterze. Chyba urządzając ten pokój, trochę przesadzili z kolorami. Jest tu, że tak powiem, pstrokato.
            - Można dostać oczopląsu - mówię, gdy stajemy w progu.
            - Tak wiem. To pomieszczenie projektował pewnie jakiś cholerny optymista  - śmieje się Maciek.
            - Mało powiedziane - teraz już oboje się śmiejemy.
            Sklepik jest od razu na lewo od świetlicy. Tyle niezdrowego jedzenia to ja jeszcze nie widziałam. Pewnie sprzedawczyni chce, żebyśmy w przyszłości mieli za dużo cholesterolu.
            Biblioteka znajduje się na pierwszym piętrze. Gdy weszłam, w nozdrza uderzył mnie zapach pleśni. Pomieszczenie spowija półmrok. Jest dużo mniejsza niż zwykła biblioteka. Znajduje się tutaj tylko kilka regałów. Szczerze? Stwierdzam, że to pomieszczenie wygląda bardziej jak składzik. W dwóch kątach o ścianę opierają się: mop i miotła. Na półkach wylegują się szmatki i środki do czyszczenia.
            - Nie ma tu ciekawych książek - stwierdza Maciek. - Ale niektóre są przydatne. Są lektury. A jak ktoś cię wkurzy, a ty masz akurat pod ręką jakieś opasłe tomisko, to może się dla niego niezbyt dobrze skończyć.
            Pomieszczenie ma błękitne ściany. Po prawej stronie od wejścia widzę drzwi pomalowane na ten sam kolor co ściany.
            - Co tam jest? - pytam wskazując ręką na drzwi po prawej stronie.
            - Jest tam pomieszczenie z komputerami. Są tylko dwa - odpowiada mi natychmiast.
            Wychodzimy z biblioteki i zaczynamy podążać wzdłuż korytarza.
            - Mogę o coś zapytać? - chce wiedzieć Maciek.
            Kiwam lekko głową.
            - Dlaczego jesteś taka zamknięta? Prawie nic nie mówisz. Nie próbujesz się z nikim zaprzyjaźnić. Jesteś troszkę jak mysz pod miotłą.
            - Ludzie zazwyczaj nie są do mnie przyjaźnie nastawieni. Po prostu mnie nie lubią. Uważają mnie za dziwoląga.
            Dlaczego ja mu to mówię? Przecież znam go dopiero od kilku godzin. Chyba jest coś ze mną nie tak.
            - Coś ci powiem - rzuca chłopak. - Nie liczy się, jaka byłaś kiedyś ani co wcześnie ludzie o tobie myśleli. Ważniejsza jest przyszłość.
            Kładzie mi rękę na ramieniu. Pewnie chce mnie pocieszyć. Nie potrzebuję litości nieznajomego. Nie chcę tego. Zrzucam z siebie jego rękę.
            - Zawsze taka byłam i dobrze mi z tym - warczę.

            Przyspieszam kroku. Chcę się znaleźć jak najdalej od pięknookiego. Skręcam za róg i chowam się w damskiej toalecie.

piątek, 1 maja 2015

Rozdział 1

Rozdział 1
On


"Co świat ma z dwojga ludzi,

którzy nie widzą świata?"
~ Wisława Szymborska

Budzę się, wstaję, myję się, jem śniadanie, jadę do szkoły, słucham niezbyt interesujących wykładów mówionych przez nauczycieli na lekcjach, siedzę samotnie w stołówce, wracam na lekcje, przyjeżdżam do domu, odrabiam zadanie domowe, kąpie się, kładę się do łóżka, zasypiam. Tak wyglądają wszystkie moje dni, odkąd zacząłem chodzić do liceum. Ta rutyna zaczęła mnie już nudzić. Tylko czasami kłócę się z rodzicami o to, że oni chcą, żebym znalazł sobie przyjaciół, ale mi jest samemu dobrze. Po co mam z kimś rozmawiać, jeśli nie mamy wspólnych tematów? Po co z kimś wychodzić, jeśli w ogóle się nie rozumiemy? Dlatego nie mam przyjaciół. Jestem samotnikiem i nie jestem jak typowy młody człowiek w moim wieku. Inni chodzą na imprezy, a ja sobie szydełkuję. Wiem, wiem, wiem. Zajęcie jak dla starej baby, ale ja jestem spokojnym człowiekiem (nie, że nie lubię, jak się czasem coś dzieje i dostaję zastrzyku adrenaliny), a to zajęcie mnie wycisza i wyluzowuje. Nie robię koronek na sprzedaż (chociaż może powinienem zacząć), tylko na przykład komuś na urodziny lub na zamówienie znajomej, znajomego, ale robię to bezinteresownie. Nigdy nie chcę zapłaty. Materiały kupuję w pobliskiej pasmanterii za kieszonkowe, które dostaję od rodziców lub za pieniądze, które otrzymuję na urodziny lub jakieś święta.
Siedzę sobie właśnie w moim pokoju, który nie jest zbyt duży. Stoi tu jedna szafa na ubrania, biurko i łóżko. Okno znajduje się naprzeciwko mojego łóżka, więc często w nocy, gdy nie potrafię zasnąć, oglądam gwiazdy.
- Ej Maciek! Daj pięć dych. - Moja siostra Agata wpada do pokoju, otwierając drzwi z impetem.
            Agata jest bardzo drobną osóbką. Jest taka malutka w stosunku do mnie. Mógłbym napluć jej na głowę. Ma długie, blond włosy i niebiesko-szare oczy. Jej karnacja jest bardzo jasna. Ma proporcjonalną budowę ciała.
            Założyła dzisiaj różową bluzkę z krótkim rękawem i dekoltem (wydaje mi się, że trochę za dużym) i czarną, obcisłą spódniczkę sięgającą jej do połowy uda. Włosy zostawiła rozpuszczone i zrobiła na nich lekkie fale. Nie ma zbyt ostrego makijażu.
- A na co? – pytam.
- No idę z koleżankami i kolegami na imprezę do centrum. I wiesz, on tam będzie. Proszę. - Robi minę kota ze „Shreck’a”.
            Agata ma szesnaście lat i aktualnie jest totalnie zauroczona pewnym chłopakiem. Chce mu się przypodobać, co moim zdanie jest w ogóle niepotrzebne, bo robi teraz takie rzeczy, których kiedyś nie robiła. Ten chłopak powinien lubić ją za to, jaka jest.
- No dobra. Ale w zamian nie wrócisz zbyt późno do domu. Jasne? Powiem rodzicom, żeby ustalili ci godzinę powrotu, a jak się spóźnisz to ci następnym razem ani nigdy już nie pożyczę - grożę jej.
- Jasne jak słońce panie generale! – Salutuje, podbiega do mnie i całuje w policzek.
- Wiesz, że tylko się o ciebie martwię. Jesteś moim małym kotkiem na wycieraczce - mówię, wstaję z łóżka, wyciągam portfel ze spodni wiszących na krześle, a z niego banknot i podaję jej.
            Jak moja siostra była młodsza to jak o coś prosiła lub coś przeskrobała, to mówiła, że jest małym kotkiem na wycieraczce, a dla mnie to było takie słodkie, że zacząłem tak na nią mówić.
- Tak wiem, wiem. Też cię kocham braciszku. Dzięki. - Wybiega za drzwi w podskokach.
            Wychodzę z pokoju i staję na początku schodów z jasnego drewna. Mój pokój jest na pierwszym piętrze, czyli na samej górze. Schodzę na dół i idę do pokoju gościnnego.
            Jest on duży. Stoją w nim dwa stoły: jeden wielki, drugi mniejszy. Jest tu telewizor, trzy szafy i komoda pod zawieszonym na ścianie lustrem. Znajduje się tu także piękne, stare pianino z ciemnego drewna. Ściany są bladożółte, a podłoga wyłożona ciemnobrązowymi płytkami. Brązowa kanapa i tego samego koloru fotele stoją naprzeciwko telewizora znajdującego się na ścianie.
            Rodzice siedzą na kanapie i oglądają jakiś historyczny program.
- Mamo, tato, Aga wychodzi na imprezę. Czy moglibyście ustalić jej jakąś sensowną godzinę powrotu, bo przyszła do mnie po pieniądze i postawiłem jej warunek, żeby wróciła o ustalonej porze? - pytam.
- I tak byśmy jej wyznaczyli, ale teraz są przynajmniej większe szanse, że się zastosuje - zaśmiał się tata.
- Okay. To ja wracam do siebie - informuję rodziców.
            Reszta dnia minęła mi na odrabianiu zadań domowych i przygotowywaniu się na następny nudny dzień szkoły.

***

            Gdy otwieram oczy słońce wlewa się jaskrawymi promieniami przez okno do pokoju tak, że muszę odruchowo przymrużyć oczy. Odwracam głowę i spoglądam na budzik stojący na stoliku nocnym obok mojego łóżka. O nie! Siódma trzydzieści pięć. Spóźnię się. Szybko zrzucam z siebie kołdrę, wyciągam z szafy ubrania na chybił trafił i biegnę do łazienki. Ubieram się. Okazało się, że wziąłem do ubrania czarne spodnie i bladoniebieski T-shirt. Biorę plecak z książkami i kluczyki do mojego zdezelowanego malucha, który pamięta stare, dobre czasy PRL-u. Schodzę na dół i pędzę do kuchni, gdzie krząta się moja mama.
            - Hej, synuś. Co zjesz na śniadanie? – pyta.
            - Zapakuj mi tylko jakąś kanapkę do szkoły, bo zaspałem i nie mam czasu teraz jeść – informuję ją.
            - No dobrze, ale zrobię ci więcej niż jedną. Okay?
            - No dobra – odpowiadam zrezygnowanym tonem.
            Kiedy już dostaję jedzenie zapakowane w papier śniadaniowy i włożone do woreczka, dziękuję mamie, całuję ją w policzek i wychodzę na zewnątrz.
            Jest wczesna wiosna. Wieje lekki, chłodny wiatr, więc dobrze, że pomyślałem o tym, żeby wziąć kurtkę. Wychodzę na skąpany w porannych promieniach słońca podjazd. Jest wyłożony szarymi, wielkimi płytami. Przechodzę do samochodu, a później obracam się w stronę domu. Jest niewielki, pomalowany na jasnożółty. Jego spadzisty dach ma bordowy kolor. Dwa niewielkie okna na przedniej ścianie budynku są od wewnątrz zasłonięte firankami. Za domem znajduje się dość duży ogródek, w którym aktualnie zielenią się krzaczki truskawek, malin i agrestu. Po prawej stronie podjazdu rozciąga się łąka, na której kwitną teraz przebiśniegi i pierwiosnki, a po lewej są domki naszych sąsiadów.
            Wsiadam do samochodu, który jest zdumiewająco sprawny jak na swój wiek i wyjeżdżam z podjazdu na podziurawioną, asfaltową drogę. Po piętnastu minutach jestem już na szkolnym parkingu. Wypadam z auta i pędzę do budynku, a później do mojej szafki. Rozszalałymi z pośpiechu rękami wyszukuję klucz w bocznej kieszeni torby i przekręcam go w zamku. Nie mam czasu na przebieranie butów, więc ściągam tylko kurtkę, wieszam na wieszaku i gwałtownie zamykam szafkę. Rzucam się biegiem w stronę klasy, w której mam pierwszą lekcję. Gdy tak przemierzam szkolne korytarze, rozbrzmiewa dzwonek. Po niecałej minucie zatrzymuję się przed drzwiami sali i powoli pociągam klamkę w dół.
            - Goodmorning. Sorry, I’m late – przepraszam panią Parker.
            - Never mind. – Ułaskawia mnie nauczycielka.
            Pani Parker pochodzi z Wielkiej Brytanii, ale gdy miała dwadzieścia kilka lat poznała Polaka, wyszła za niego, przeprowadziła się do Polski i wylądowała w liceum jako nauczycielka języka angielskiego. Bardzo dobrze opanowała nasz język. Czasami mnie to nawet zadziwia. Oczywiście został jej brytyjski akcent. Zostawiła sobie swoje panieńskie nazwisko. To jej mąż zmienił swoje. Podejrzewam, że chciał się jakoś wyróżniać.
            Podchodzę do swojej ławki umieszczonej w trzecim rzędzie. Są to dwa stoły przylegające do siebie krótszym bokiem, dlatego są tu cztery miejsca. Tylko dwa są zajęte. Na krześle od strony przejścia siedzi mój kolega Dawid. Ja siedzę obok niego. Gdy zajmuję miejsce, mój sąsiad pochyla się w moją stronę z drwiącym uśmieszkiem na twarzy.
            - Tak zabalowałeś w nocy, że nie umiałeś dzisiaj wstać? – Kpi sobie ze mnie. Wie, że jestem raczej szarą myszką i nie chodzę na dyskoteki ani tym podobne, chyba że on mnie gdzieś zaciągnie, ale i tak wtedy stoję w kącie i podpieram ścianę.
            Dawid i ja jesteśmy zupełnymi przeciwieństwami. On jest brunetem o śniadej cerze, zaś ja mam jasną karnację, blond włosy i niebiesko-szare oczy. Mój kolega ma bujną, kręconą czuprynę, a moje włosy są ścięte dość krótko. Także różnica pomiędzy naszymi charakterami jest jakby zestawienie ognia z wodą. On jest osobą bardzo towarzyską i rozrywkową, zaś ja… nie warto mówić. Chociaż nie jesteśmy przyjaciółmi, to i tak się dziwię, że Dawid mnie nie ignoruje.
            - Ha. Ha. Ha. No oczywiście – odgryzam się. – Jak ci minęły ferie?
            Jest pierwszy dzień po feriach zimowych, więc także początek nowego semestru nauki.
            - Aaa… jak zwykle. Impreza za imprezą. Ale za to poznałem super laskę, wiesz? Tak się na mnie napaliła, że się nie mogła ode mnie odkleić przez cały wieczór.
            - Kochana młodzieży! – Krzyczy pani Parker. Wszyscy momentalnie odwracamy głowy w jej stronę. Gdy spoglądam na nauczycielkę, widzę obok jej biurka nową twarz.

Prolog

Prolog
 Stoi w swoim domu w sypialni. Jak zawsze jest opanowana, nie daje się ponieść gniewowi. To, co w sobie nosi, to jedynie nienawiść.
Eliza ma bardzo jasną karnację i wręcz nieskazitelną skórę. Na jej głowie widać burzę blond loków. Jej granatowe oczy pałają nienawiścią i żądzą zemsty. Zazwyczaj ubiera się w krwistą czerwień, czerń, a także neonowy róż. Nigdy nie wychodzi z domu bez grubej warstwy makijażu na twarzy. Lubi odsłaniać jak najwięcej swojego ciała, więc nosi bardzo wydekoltowane bluzki i spódniczki miniówki lub przylegające do ciała dżinsowe, krótkie spodenki.
Podchodzi do łóżka, kładzie się na nim i leży tak z drwiącym uśmiechem, jakby była panią całego wszechświata. Po chwili odzywa się spokojnym tonem:
- Nie przeszkodzisz mi już. Nie powstrzymasz mnie. Zniszczę cię. Przysięgam.   Wiesz co? Żal mi cię. Nie jesteś ani ładna, ani popularna. W ogóle nie masz przyjaciół. Nawet nie starasz się ładniej ubierać albo malować, żeby ktoś w końcu zwrócił na ciebie uwagę. Twój ojciec nie żyje, a matka jest chora i ma taką pracę, że ledwo wam starcza na jedzenie i rachunki, więc sama musisz sobie dorabiać po szkole jako kelnerka w jakimś obleśnym pubie. A ja: piękna, sprytna i powabna. Nie możesz się ze mną równać, Agnieszko. Jestem od ciebie lepsza w każdej dziedzinie życia. - Teraz już zaczyna się szyderczo śmiać.